
Kolejni influencerzy zostają rodzicami. I niemal automatycznie pojawia się to samo pytanie — a raczej założenie: trzeba to udokumentować. Zdjęcia z porodówki, filmiki, codzienność, emocje, detale. Jakby rodzicielstwo nie istniało, dopóki nie zostanie pokazane w internecie.
I przyznam — mnie to irytuje.
Nie dlatego, że ludzie cieszą się dziećmi. Wręcz przeciwnie. Ale dlatego, że coraz częściej dziecko staje się treścią, formatem, elementem narracji w social mediach — zanim w ogóle zdąży mieć jakikolwiek wpływ na to, czy chce w niej uczestniczyć.
Moje dzieci – moja decyzja
Sama jestem mamą. Uważam, że moi chłopcy są najpiękniejsi na świecie — jak pewnie każda mama o swoich dzieciach. A mimo to nie publikuję ich zdjęć w internecie. Chyba trochę musiałam też do tego dorosnąć bo moje myślenie kiedyś też było inne.
Dziś są już na tyle duzi, że:
- nie chcą być nagrywani,
- nie życzą sobie zdjęć nawet do mojego prywatnego archiwum,
- jasno stawiają swoje granice, bardzo mnie to cieszy ponieważ wiem że ,,odrabiają lekcje które im zadajemy w domu” przede wszystkim rozmawiamy z nimi dużo o tym.
I ja te granice szanuję. Bo ich prywatność jest dla mnie ważniejsza niż jakikolwiek zasięg, pamiątka czy potrzeba „pokazania światu”.
Dlaczego ochrona prywatności dzieci ma znaczenie
Dziecko nie wybiera internetu. Nie decyduje, gdzie trafi jego wizerunek, kto go zobaczy i jak długo tam zostanie. Publikowane treści:
- zostają w sieci na lata,
- budują cyfrową tożsamość dziecka bez jego zgody,
- mogą być wykorzystywane w sposób, na który rodzice nie mają wpływu.
Dlatego uważam, że bezrefleksyjne publikowanie dzieci w sieci jest problemem, o którym warto mówić głośno.
W tym momencie pewnie pojawia się myśl: „No dobrze, ale przecież Ty też wrzucasz zdjęcia dzieci na swój profil”. I to jest uczciwe pytanie — bo na pierwszy rzut oka może wyglądać to jak sprzeczność.
Dlatego właśnie chcę to jasno rozdzielić. Nie uciekam od tego tematu i nie udaję, że go nie ma. Różnica nie polega na tym, czy zdjęcia dzieci się pojawiają, ale jak, w jakim celu i z jakimi granicami.
I dopiero z tej perspektywy ma sens odpowiedzieć na pytanie, gdzie – moim zdaniem – przebiega granica między odpowiedzialną publikacją a budowaniem czyjegoś wizerunku w internecie bez jego zgody.
W swojej pracy publikuję zdjęcia noworodków w wieku 0–4 tygodni, pojedyncze przypadki zdjęć to kilkumiesięczne dzieci ,wyłącznie w kontekście prezentacji produktu. I to jest różnica, którą uważam za kluczową.
Noworodek:
- nie ma jeszcze utrwalonych, charakterystycznych cech wyglądu, a tym bardziej noworodek (dzieci w tym czasie wyglądają bardzo podobnie)
- w ciągu kilku miesięcy zmienia się nie do poznania,
- nie jest możliwy do rozpoznania w przyszłości.
Dodatkowo:
- nie podaję imion ani żadnych danych,
- nie tworzę ciągłej historii życia dziecka, każdy nowy produkt to nowy noworodek na zdjeciach
- nie oznaczam rodziców dzieci w sieci
- są zdjęcia na których nie widać nawet twarzy dzieci bo nie ma takiej potrzeby, produkt jest wystarczająco sfotografowany że twarz nie musi być widoczna.
Nie dokumentuję codzienności. Nie buduję narracji. Nie tworzę wizerunku dziecka w internecie.
Produkt, nie prywatność
Zdjęcia, które publikuję, służą jednemu celowi: pokazaniu produktu — tego, jak układa się ubranko, jaka jest skala, proporcja i dopasowanie.
Dziecko nie jest bohaterem treści. Nie opowiadam jego historii, nie ujawniam prywatności, nie zamieniam go w element marketingowej opowieści. To techniczna, neutralna prezentacja produktu z zachowaniem maksymalnych granic prywatności.
Świadomość zamiast automatyzmu
Nie uważam, że rozmowa o dzieciach w internecie powinna być czarno-biała. Ale uważam, że publikowanie wizerunku dziecka nie powinno być automatyczne tylko dlatego, że „wszyscy tak robią”.
Warto zadać sobie kilka prostych pytań:
- Czy to zdjęcie pozwala zidentyfikować dziecko teraz lub w przyszłości?
- Czy buduje jego cyfrową tożsamość?
- Czy dziecko miałoby realny wybór, gdyby mogło go dokonać?
Jeśli odpowiedzi budzą wątpliwości — być może warto się zatrzymać.
Na koniec
Dzieci nie są contentem. Nie są przedłużeniem naszych profili ani historii do opowiedzenia światu. Są osobnymi ludźmi, z własnymi granicami — nawet jeśli jeszcze nie potrafią ich nazwać.
A naszą rolą, jako dorosłych, jest te granice chronić. Nawet wtedy, gdy nikt nas za to nie polubi, nie udostępni i nie nagrodzi zasięgiem.
Dziękuje że przeczytałeś ten artykuł.
Monika Osińska